12 października 2017 Anna Kolet-Iciek

Po ucieczce z Wenezueli zamieszkali w Krakowie i zakochali się w ...

Miasto

Dziś w Krakowie rozpoczyna się Festiwal Kultury Latynoamerykańskiej. Na koncerty, projekcje filmów, wystawy i warsztaty kulinarne zaprasza krakowskie Centro Latino. O życiu w Ameryce Południowej, ucieczce z Wenezueli i urokach mieszkania w Krakowie rozmawiamy z Moniką Śledź-Pacheco, jedną z organizatorek Festiwalu, Polką, która przez ponad 12 lat mieszkała w Caracas, gdzie na świat przyszli jej dwaj synowie Jan (11 lat) i Nico (8 lat).

Zamieszkałaś w Wenezueli, bo zafascynowała cię kultura południowych Indian?

Nie. Z Polski wyjechałam po tym, jak będąc w Londynie poznałam mojego przyszłego męża Luisa. To miał być wakacyjny wyjazd, ale z tych wakacji już nie wróciłam.

Aż do teraz.

Trzy lata temu do wyjazdu z Wenezueli zmusiła nas sytuacja gospodarcza i polityczna.

Co konkretnie?

Konkretnie to gaz łzawiący, który wpadł do naszego mieszkania, kiedy na ulicach trwały walki Gwardii Narodowej z protestującymi studentami, ale to była tylko kropla, która przepełniła czarę. Wenezuela jest wspaniałym i pięknym krajem, w którym przez cały rok jest ciepło i w którym mieszkają cudowni ludzie, ale kilka lat temu zrobiło się tam bardzo niebezpiecznie. Coraz częściej dochodziło do kradzieży, napadów, porwań dla okupu, a nawet morderstw.

Zaczęło się od spadku cen ropy naftowej?

Kiedy były wysokie, Wenezuela pod rządami Hugo Chaveza dosłownie szastała pieniędzmi. Najbiedniejsi otrzymywali od rządu dużą pomoc, władza rozdawała ludziom woreczki z jedzeniem. Przy okazji rządzący kradli w sposób niesamowity. Było z czego, więc myśleli, że nikt tego nie zauważy, zwłaszcza, że mieli za sobą sądy.

Odczuliście kryzys na własnej skórze?

Pieniądze z ropy się skończy, a w sklepach zaczęły się braki, początkowo głównie tych produktów, które miały regulowane przez państwo ceny, bo producentom nie opłacało się ich wytwarzać. Najpierw zaczęło brakować mąki, w tym tej kukurydzianej, która jest podstawą kuchni wenezuelskiej, potem mleka, więc ze sklepowych półek zaczęły znikać produkty, do których byliśmy przyzwyczajeni, jak sery czy jogurty. To nie było przyjemne, kiedy chłopcy mówili, że mają ochotę napić się mleka, a ja bezradnie rozkładałam ręce. Brakowało też lekarstw, ubrań i zabawek, które na święta musieliśmy sprowadzać dla dzieci ze Stanów. Przed sklepami ustawiały się długie kolejki, na przykład po papier toaletowy.

Jak za czasów Polski Ludowej.

Dokładnie tak to wyglądało. Sklepy świeciły pustkami, za to świetnie funkcjonował czarny rynek, gdzie można było kupić niemal wszystko, pod warunkiem że miało się pieniądze. Przy odrobinie sprytu można było zrobić zaopatrzenie do domu, trzeba było jednak wiedzieć z kim pogadać, i gdzie iść.

Wiedziałaś?

Ludzie wymieniali się informacjami, np. dzwoniła do mnie koleżanka i mówiła, że na drugim końcu miasta pojawiło się mleko i można kupić cały karton. Gdyby tego było mało, rząd postanowił zreformować szkoły, co oznaczało obcięcie niektórych przedmiotów ścisłych na rzecz filozofii socjalistycznej. Początkowo zmiany objęły szkoły publiczne, ale miało to wejść również do szkół prywatnych, a właśnie w takiej uczyły się nasze dzieci. Straszyli, że szkoła, która nie dostosuje się do nowych zasad zostanie upaństwowiona. Wtedy zaczęły się protesty rodziców na ulicach, my też demonstrowaliśmy.

Poskutkowało?

W końcu rząd wycofał się z wprowadzania reformy do szkół prywatnych, ale myślę, że nie dlatego, że się nas wystraszył, ale dlatego, że nie dał rady logistycznie tego ogarnąć. Wprowadzili jedynie państwowy nadzór nad szkołami prywatnymi, którego wcześniej nie było, bo prywatne placówki cieszyły się dużą autonomią. Miały własne programy nauczania i podręczniki, a ich poziom był znacznie wyższy niż szkół państwowych.

Wróćmy do gazu łzawiącego w waszym mieszkaniu.

To było w 2014 roku, kiedy na ulicach Caracas protestowali studenci. Domagali się odwołania prezydenta Maduro, który przejął rządy w 2013 roku po śmierci Chaveza. Niedaleko naszego mieszkania rozbili obóz, a codziennie po południu przyjeżdżała Gwardia Narodowa i rozpoczynały się walki uliczne. Gwardia używała nie tylko gazu łzawiącego, ale także gumowych kul, a kiedy te się skończyły, zaczęli strzelać plastikowymi. Zginęło kilka osób. Jedna noc szczególnie dała nam się we znaki, to wówczas do naszego mieszkania wpadł pocisk z gazem łzawiącym, a my podjęliśmy decyzję o wyjeździe.

Jak zareagowały dzieci na wieść o przeprowadzce do Polski?

Od początku tłumaczyliśmy im dlaczego musimy wyjechać, zresztą sami widzieli, że nie jest dobrze. Do protestów i braków żywności dochodziła ogromna przestępczość. Nie można było wychodzić z domu mając przy sobie wartościowe rzeczy, jak tablet, telefon, czy zegarek. Wszystko od razu padało łupem złodziei. Tydzień przed naszym wyjazdem, siedzieliśmy z Luisem w kawiarni. Nagle wpadł tam człowiek, który kazał oddać wszystko co mamy. Straciliśmy nie tylko pieniądze, ale też ślubne obrączki. I tak mieliśmy szczęście, w przeciwieństwie do mojej koleżanki, która została zabita przez złodzieja w McDonaldzie za telefon komórkowy. Ta napaść na nas tylko utwierdziła nas w przekonaniu, że decyzja o wyjeździe była słuszna.

A dlaczego wybraliście Kraków?

Sama pochodzę z okolic Warszawy, ale nie chciałam tam mieszkać. Pod uwagę braliśmy jeszcze Wrocław i Gdańsk, ale oferta kulturalna i edukacyjna Krakowa wygrała, no i bliskość gór, na tym nam bardzo zależało.

A po przyjeździe tutaj, co was urzekło?

Tramwaje. Ponieważ w Wenezueli ich nie ma, chłopcy byli zachwyceni. Przez pierwsze tygodnie naszego pobytu w Krakowie codziennie podróżowaliśmy po mieście tramwajami. I rowerami. Dla dzieci to również było nowe doświadczenie. W Caracas nie ma tylu ścieżek rowerowych, poza tym wyjazd rowerem wiązałby się z jego natychmiastową utratą. Kraków ma też niesamowitą ofertę kulturalną, kina, teatry, imprezy, festiwale, a dzięki Zalewowi Bagry chłopcy odkryli w sobie pasję żeglarską.

Jak poradzili sobie w nowej szkole?

Początkowo problemem był język. Znali polski, ale nie tak dobrze, by się nim swobodnie posługiwać. Jaśkowi było łatwiej i bardzo szybko się przystosował, ale Nico nie chciał początkowo w ogóle mówić po polsku, był zamknięty w sobie i stresował się. Po pewnym czasie sam stwierdził, że jednak będzie mówił i odblokował się. Luis również uczy się polskiego, chce zdobyć nasze obywatelstwo, ale nadal jest sporo rzeczy, których nie rozumie, np. tego, dlaczego wszędzie musimy być na czas, albo tego, dlaczego na powitanie nikt go nie ściska i nie całuje tylko wyciąga dłoń, no i ma problem z mówieniem do nieznajomych per Pani i Pan. W Wenezueli wszyscy są na ty.

Jaka jest wenezuelska kultura?

Różnorodna, kolorowa i hałaśliwa, co będzie można poczuć w najbliższych dniach w Krakowie podczas Festiwalu Kultury Latynoamerykańskiej.

Rozmawiała Anna Kolet-Iciek

Fot. Archiwum rodzinne

Zamknij

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych.
Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki.